czwartek, 26 listopada 2020
czarna dupa

krystynaPamięci mojej siostry Krystyny
1933 ? 1960
w 53. rocznicę śmierci
Uświadomiłam sobie, że gdybyś żyła, miałabyś teraz 80 lat. Jak bardzo cieszyłabyś się z dziećmi Ewą i Andrzejem i wspaniałymi wnukami: Krzysiem, Beatką, Anią i Piotrusiem.
Kiedy umierałaś, Ewa nie miała pełnych trzech lat, a Andrzejek niepełne cztery lata. Umarłaś w porze kwiatów, a zwłaszcza w porze kwitnienia lilii ? 8 lipca. Od tamtej pory nie cierpię zapachu lilii, bo przypominają tamte wydarzenia.
Choroba trwała krótko. W marcu 1960 r. skarżyłaś się na utratę sił, wszystko przychodziło Ci z trudem, a tu dwoje maleńkich dzieci. Postanowiłaś pojechać do mamy na Podlasie wraz z dziećmi. I tak było. Tam nie brakowało Ci niczego, bo i ciocia Lodzia dbała o Was, a miała ona, jak na owe czasy, szczególne warunki bytowe. Nic nie pomagało, ginęłaś w oczach. Wykonywałam telefony, z których dowiadywałam się jak bardzo źle się czujesz. Nie wytrzymałam i pojechałam do Międzyrzeca Podlaskiego. Leżałaś w miejscowym szpitalu, ale mama konferowała z ciocią Felicją z Łodzi ? a to była Twoja chrzestna matka ? by przewieźć Ciebie do szpitala wojskowego w Łodzi. I tak się stało. Tosiek ? nasz szwagier ? wyniósł Cię na rękach z owego szpitala, ważyłaś niewiele ponad 30 kg. Dwa dni spędzone w domu ? koszmarne. Biegałyśmy z mamą do szpitala po kolejne butle z tlenem, nie miałaś czym oddychać. I wreszcie umówiony samochód i wyjazd do Łodzi. Pojechałaś z mamą i Tośkiem, ja pozostałam z Ewą i Andrzejkiem. Ostatnie Twoje słowa do dzisiaj brzmią mi w uszach: ?Pamiętaj o dzieciach, nigdy o nich nie zapominaj". Tak odchodzi matka.
Kiedy ruszył samochód i zginął za zakrętem, długo staliśmy w milczeniu we troje ? Ewa, Andrzejek i ja. Już nigdy nie zobaczyłam Ciebie żywej. Zmarłaś po 6 tygodniach. Była przy Tobie mama i mąż Tosiek.
Kiedy ja musiałam odjechać do Brzegu, bo urlop się kończył i musiałam wrócić do pracy, Ewą i Andrzejkiem zajęła się nasza babcia Amelia, która miała wtedy zaledwie 64 lata.
Dalsze obrazy przeżywałam w świecie nierealnym. Pamiętam, jak przywieziono Cię do Międzyrzeca. Leżałaś w domu w śnieżnobiałej sukni, wychudzona, ale pogodnie spałaś. Dzieci nie mogły się nadziwić, dlaczego tak długo...
Pamiętam fale ludzi, kolegów ze szkoły, przyjaciół, które przelewały się przez nasz dom w tartaku. A potem niesiono Ciebie na ramionach kolegów do kościoła odległego jakieś 2 km (młodzi ludzie zmieniali się w tej ostatniej posłudze), tam były modły i kolejna droga na odległy cmentarz przy ul. Wrocławskiej. I tym razem karawan jechał pusty, a Ciebie nieśli ci, z którymi chodziłaś do szkoły, do kina, na spacery.
W imieniu rodziny żegnał Ciebie Ziutek Wieczffiński, wykładowca chemii nieorganicznej w Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie. Kiedy posypały się grudy ziemi i zadzwoniły o trumnę, zdumiona i zatrwożona Ewa krzyknęła: ?Jak teraz Mamusia wyjdzie?!". Rozległ się ogólny szloch.
W domu, na obiedzie dzieci były pogodne, wszyscy starali się być dla nich szczególnie mili.
Po wielu latach Andrzej powiedział mi: ?Pamiętam, ciociu, pierwszy wieczór po pogrzebie Mamy. Poukładałaś nas do łóżeczek i powiedziałaś: śpijcie spokojnie, bo jak komuś umiera Mamusia, wtedy przychodzą aniołki i pilnują je".
Nie pamiętam, ale chyba dzieci szybko usnęły, ja nie zmrużyłam oka do rana.
Po paru tygodniach Ewa z Andrzejkiem przyjechali do Brzegu do taty, pod opiekę babci Amelci. Pełne dwa lata babcia sprawowała nad nimi pieczę ? opiekowała się dobrze, z pełnym poświęceniem. Ewki białe futerko było nienagannie czyste, często prane i suszone przy piecu. Ewa i Andrzej rośli i dorośleli w oczach.
Kiedy babcia zachorowała, przyjechały wszystkie cztery jej córki: moja mama, ciocia Fela, Lodzia i Jadzia.
Pamiętam taki obrazek: ciocie ugotowały obiad w Waszym domu przy ul. Armii Czerwonej (obecnie ul. Długa), a 3-letnia Ewa zawiązała sobie fartuszek, przystawiła stołeczek do zlewozmywaka i zmywała. Taki zastałam obrazek i nigdy go nie zapomnę.
Ale Pan Bóg jest litościwy, dla sierot zwłaszcza. Dzieci wyrosły na wartościowych ludzi, mając tatę, który ożenił się w 1962r. Pomagały babcia Hela, prababcia Amelia i ja też nie byłam obojętna na dalsze losy dzieci mojej siostry.
Dzisiaj pozostały w nas tylko wspomnienia, których nigdy się nie zapomina.

Zofia Mogilnicka

 

MAMA

Śmierć przyszła dawno - ja wciąż to widzę
Choć lat minęło, pamięć nie kłamie.
Byłem za młody, by to zrozumieć
Skąd tylu ludzi przy śpiącej mamie.

Pamiętam również inne szczegóły.
I z tego jestem dumny sam z siebie:
Stojące w pionie wieko od trumny
I całus cioci tuż po pogrzebie.

Choć mało czasu byliśmy razem,
Tak bardzo wiele zawdzięczam Tobie.
Przepraszam Mamo, że przez lenistwo
Tak rzadko jestem na Twoim grobie.

Życie jest piękne, choć przy tym krótkie
I pewnie kiedyś spotkam Cię w niebie.
A wtedy będę cieszył się Tobą...
Za wszystkie grzechy przeproszę Ciebie!

Odeszłaś szybko, sporo za szybko.
Szkoda, że nie ma Cię teraz z nami.
Dziś ukończyłabyś lat siedemdziesiąt,
Ciesząc się dziećmi, mężem, wnukami...

Jutro dzień matki, a z tej okazji
Życzeń i kwiatów żadnych nie będzie.
Pragnę Ci przyrzec i obiecuję -
będę Cię kochał zawsze i wszędzie!

 

Andrzej, 25 maja 2003 r.

 

Komentarze   

 
0 # Znajmy 2014-01-06 13:41
Niezwykle poruszające. Gratulacje i podziękowania, Pani Zofio.
 

Nie masz uprawnień do komentowania