poniedziałek, 06 kwietnia 2020

jaroslaw-borysPowiadają, że są dwie rzeczy, które decydują o przeżyciu, życiu, jakości życia, etc. Chodzi oczywiście o kuchnię i o politykę - tę wielgachną i tę maciupką.

 

W sumie mówiąc o tych dwóch rzeczach, to tak, jakby mówiło się o jednym i tym samym. No, bo w polityce jest tak jak w kuchni. No przecież! W obu przypadkach decydują finanse, możliwości, umiejętności, odpowiednie przepisy - układanie ich i stosowanie, pomysłowość, no i oczywiście uczciwość w tym, co się robi. Ale polityka, to kuchnia specyficzna. Tam towarzystwo sprytnych, tudzież nawiedzonych kucharzy usilnie próbuje coś upichcić. W końcu taka ich rola. Jednak dania zamówione i oczekiwane robią bardzo skromne. I przygotowują je nad wyraz długo. Przy tym kłócą się czasami, że śmiech na sali. A jak coś już upichcą, przeważnie są to dania niejednokrotnie przecholesterolyzowane, ciężkostrawne lub w ogóle niestrawne, a także biegunkogenne. Niektórych dań w ogóle nie kończą, bo - okazuje się - niby za krótko trwa szychta w kuchni. Ale dla siebie przygotowują dania wykwintne, delikatne. Niemalże frykasy światowej klasy. A jakie przemożne gusta mają ci kucharze! Jedni chrzanią i pieprzą co tylko mogą i jak tylko się da. Lubią - widać - na ostro. Inni wręcz odwrotnie. Są zwolennikami łagodności. Wolą cukrować, słodzić, aromatycznym i kuszącym dymkiem z piekarnika kadzić. A nawet dymkiem ze specyficznego zioła, żeby młodym podniebienie połechtać. Są tam też i zwolennicy kwaśnych smaków. To przeważnie ci kucharze, którzy nie cierpią ani za bardzo słodzić, ani chrzanić. Albo po prostu nie mogą się zdecydować, którą z tych dwóch poprzednich opcji najkorzystniej dla siebie zastosować w tym politycznym rondlu. Zwolennikami kwaśnego smaku są też ci, którym wcześniej nie wychodziły żadne dania - ani na słodko, ani na ostro.

Czasami bywa, że sytuacja w kuchni diametralnie zmienia się. Okazuje się bowiem, że niektórzy zażarci zwolennicy słodzenia, nagle zaczynają pieprzyć. A ci, co zwykle chrzanią, ni stąd ni zowąd zaczynają kadzić i słodzić. I nawet mistrz kuchni nie jest w stanie tego wszystkiego ogarnąć. Bo niby nie wiadomo o co chodzi. Niby. No właśnie. Jak nie wiadomo o co chodzi, to o co może chodzić w politycznej kuchni? Cóż, pomimo tych wszystkich różnic wśród kucharzy, jest coś, co ich spaja, coś, co ich wszystkich stawia pod wspólnym mianownikiem. Jest bowiem pewna rzecz, którą uwielbiają, wręcz kochają - zarówno ci, którzy w nadmiarze słodzą, jak i ci, którzy za bardzo pieprzą. Tym czymś jest kaszanka. No przecież! Nie jest ona ani za słodka, ani za ostra, ani za kwaśna. Zresztą - trudno dokładnie określić smak papieru, przede wszystkim banknotowego - głównego składnika tegoż przysmaku. Tak. Kaszanka. Robi się ją podobno przy okazji świniobicia. Ale oczywiście żaden z kucharzy tym się nie zajmuje. Wszak oni nie parają się mokrą robotą. Mają od tego innych. A ubój - nawet rytualny - jest im podobno obcy.
Kucharze w tej politycznej kuchni bardzo cenią siebie i swoje umiejętności. Tym bardziej cenią swoją pracę - to znaczy dania, które przygotowują ludziom. Dlatego dania te są niestety drogie. Słono, ale to bardzo słono ludzie za te dania płacą. I właśnie w ten sposób społeczeństwo funduje kucharzom kaszankę.
Wróćmy jednak do smaków. Ostre - kwaśne - słodkie... Gdyby te smaki zmieszać ze sobą, robi się wszystko takie mdłe, że człowieka zwierzęta zaczynają gonić. Znaczy się - pawie. Nie dziwi więc fakt, że ludzi coraz bardziej mdli, gdy popatrzą sobie co się tam dzieje, co się tam wyrabia, w tej naszej kuchni na Wiejskiej. Przydało by się do tej kuchni zaprosić Magdę Gessler. Ona być może zrobiłaby porządek z odpowiednimi daniami i ich przygotowaniem. Niestety, pani ta zajmuje się poważną kuchnią, i trafia tam, gdzie chcą ją wysłuchać i odnieść się do jej rad. Pozostaje więc patrzeć i obserwować. Bo może się zdarzyć, że w wyniku jakiejś pomyłki, przeoczenia, któryś z kucharzy zatruje się frykasem, który przygotował dla siebie.

Życzę smacznego.
Nie tylko kucharzom.

 

Nie masz uprawnień do komentowania