czwartek, 02 kwietnia 2020

wisniewski radi2Czy ja już kiedyś pisałem o gruzińskich kościołach, że w swojej zrujnowanej formie wydają się niezniszczalne i trwałe? Potężne i przysadziste sylwetki, grube i popękane ich ściany, spękane kopuły osadzone na wieżach na planie wielokąta, trochę jak dziecięce wyobrażenia o rakiecie. Brakuje im rzeźb, ornamentów, horroru vacui. Czyste bryły.

 

Mccheta.

 

Właściwie vacui jest wszędzie, vacui je zdobi, nadaje im dostojeństwa, powagi i wiarygodności. Vacui czyli pustka po tym co było a czego nie ma. Nieuchronne ubytki, które każą domyślać się czym była całość przed katastrofą, przed zatarciem, zamazaniem, wygnaniem. I robią to udanie, wiarygodnie. Widzisz strzępy fresków, ale gdyby nagle freski objawiły się całe – czułbyś się dziwnie, jakby ci ktoś zabrał piękno domysłu, tajemnicy. Brakujące fragmenty fresków, których już nigdy nikt nie odtworzy, bo mają tysiąc i więcej lat i nie ma nikogo, kto by miał pojęcie jak wyglądały naprawdę, jakie miały kolory miliony kopcących świec wcześniej. Są surowe, a przez to bardzo na serio, bez próby przysłonięcia czegokolwiek, oczarowania, ściemy, estetycznej przemocy wobec człowieka. Całe sobą mówią o obietnicy tego, co człowieka może spotkać i spotyka. Wieczność nie jest lukrowanym pączkiem nadziewanym słodkim dżemem. Jest nieludzka bo nie da się odmierzyć ludzkimi miarami ani nawet wyobrażeniami tych miar. Wiara nie jest zabawą w spełnianie życzeń a krzyż to nie magiczny pierścień księżniczki Arabelli. O nie. Żadnych pogodnych obrazków z aniołkiem jak androgyniczna Wenus przeprowadzającego pulchniutkie dzieci przez kładkę nad strumykiem. Nie. Krzyż to krzyż – mówią gruzińskie kościoły. I nie zakrywają bogactwem ozdób krzyża, on jest zawsze gdzieś blisko centrum. Może w kościele nie być nic poza architektonicznym zrębem i krzyżem. Ale ta czystość i surowość nie wynika z jakiejś fantazji twórców. Nikt sobie tego nie wymyślił ani nie zaplanował, żeby po kilkunastu wiekach było ładnie i tajemniczo. Z jednej strony cerkiew musiała się opierać trzęsieniom ziemi. Z drugiej – w tym miejscu ciągłych pochodów wojsk, hord, kohort, czambułów i czego tam jeszcze nie widziała ludzka nędza – bryły kościołów były regularnie czyszczone przez najeźdźców ze wszystkiego, co wystawało, co dało się zrabować, zbeszcześcić. Może nie przypadkiem św. Nino chrzciła Gruzję krzyżem z pędu winnego, z opuszczonymi ramionami w dół. Winorośl rośnie tutaj wszędzie, wszędzie znajduje oparcie, we wszystkim pokłada nadzieję, jest trochę jak stepowa trawa – niezniszczalna. To pomysł skromny i skuteczny zarazem. Takiego krzyża nie sposób wyrwać, zniszczyć, wypalić – chociażby jedno ziarno znalazło sobie miejsce pod skałą, kamieniem, garść gleby – odrośnie i prędzej czy później, znowu uformuje się w krzyż. I tak to jest. Fresków nie dało się zrabować, można było je zdrapywać, opalać, burzyć ściany, ale pomalowany kamień wykazuje zadziwiającą siłę do zapamiętywania kształtów i konturów. A nawet gdyby te freski szlag trafił – póki jest bryła architektoniczna – można ją wypełnić treścią. Jest struktura, jest szkielet. Fundament. Podstawa. Cała reszta jest piękna, ale to dodatek. Coś takiego co łatwo niszczeje, odpada, kruszy się, jest niszczone. Liczy się to, co trwa.

 

gruzja2015 Fotor Collage

 

Tibilisi. Rok po zestrzeleniu MH17

 

W rok po strąceniu malezyjskiego samolotu rejs MH17 nad wschodnią Ukrainą widać, że coś tąpnęło, zapadło się. Nie widać turystów, stragany, sklepy z pamiątkami świecą pustkami, składy osobowe w marszrutkach to głównie miejscowi, podobnie w metrze, na punktach rozjazdów marszrutek. Przypadkowe dialogi z kierowcami, ludźmi skupionymi wokół obiektów turystycznych nabierają cech nerwowości. Możesz być pewien że będą chcieli ci coś zaproponować, na przykład bycie przewodnikiem, czego wcale możesz nie chcieć, na przykład w cerkwi w której wolisz usiąść i oczyścić umysł, zamiast słuchać niewątpliwie ciekawych historii i legend. Zgoda na jedną usługę może pociągnąć za sobą próbę wymuszenia na Tobie dłuższej relacji i kolejnych usług. I tak w Mcchecie taksówkarz, który zawiózł was na wzgórze pod klasztorem Jvarii zaraz zaproponował wypad do twierdzy Ananuri po drodze do Kazbegi ledwie godzinę jazdy dalej a w końcu kiedy nic nie skutkowało zawiózł was do restauracji w centrum Mcchety, zdaje się gdzie pracowała jego żona. Restauracja na wysokim poziomie, widać świeżo postawiona, dwa piętra, sprzęt nagłośnieniowy na imprezy, przeszklona od czoła ale całkowicie pusta. Przez dwie godziny byliście jedynymi gośćmi. Kelnerka nie miała jak wydać reszty za obiad, podobnie jak taksówkarz nie miał jak wydać reszty za usługę podwiezienia na wzgórze. To znak, że całkiem być może dzisiaj byliście jego jedynymi klientami. Najwięcej w Tbilisi widać Rosjan, Polaków nie tak dużo jak rok temu, troszeczkę i to właściwie tyle. Rok temu widać było wiele przestrzelonych inwestycji, pustych witryn, niewiadomego przeznaczenia budynków, ale widać było turystów, ruch, wrzenie. W tym roku w przeciętnej marszrutce większość pasażerów stanowili miejscowi, zazwyczaj byliście jedynymi turystami. A skoro nie ma turystów w marszrutkach to nie ma ich w hotelach, muzeach, restauracjach, nie kupują pamiątek, biletów na kolejki linowe, metro, nie kosztują Chinkali, szaszłyków, kupdari, haczapurii. Jednym słowem bieda.

I czego się boją? Rosji, która stoi za progiem? Nie jest tam od wczoraj. Tyle, że przez rok pokazała, co może i kiedy może. A wydaje się, że może wszystko i wtedy kiedy się jej spodoba. Nic nowego. Chyba właśnie raczej trzeba się spieszyć, póki noga rosyjskiego żołnierza tu nie postała i nie krzyknęła ta noga spod onucy – Tu jest Rosja!

 

Nie masz uprawnień do komentowania