czwartek, 02 kwietnia 2020

p porayski-pomstaPrzybycie do Addis Abeby ma dla żółtodzioba coś z lądowania na obcej planecie. Pozornie wszystko jest podobne, jednak w praktyce szybko zauważy on, że podobieństwo to tylko powierzchowne.

 

 

 

(fragmenty zapisków z podróży)

Addis Abeba, wrzesień 2008

Już lecąc nad Addis, czuje się trochę nieswojo. Po pierwsze ma świadomość, że wyląduje wyżej niż Rysy. Po drugie, zupełnie inaczej niż w rozżarzonej do białości nocnej Europie, miasto z ciemności wyłania się niespodziewanie i niemrawo. Białe światła latarń znaczą linie ulic chaotycznie i mizernie, a żółtych jarzeniówek jak na lekarstwo. Brak centralnych punktów czy choćby migających kolorami neonów. Nic, tylko czarne góry, których się domyśla, i te nieregularne, białe linie. Pierwsze, co uderza po zejściu na ląd, to zapach. Już hala przylotów pachnie czymś zupełnie nowym. Jakąś afrykańską stęchlizną, ciepłem wymieszanym ze spalinami, potem i zakurzonymi ubraniami. Do tych zapachów przyjdzie nam szybko przywyknąć, a kiedy już ich nie stanie ? zatęsknić.

Tu jest Afryka, nie zapominajmy. Wizy wjazdowe wydają w ciasnym kantorku. Tłoczy się naraz co najmniej pół szerokokadłubowego samolotu i niełatwo o porządek. Etiopscy urzędnicy już się o to nie troszczą, idę o zakład, że przekonani są, że my, biali, potrafimy o siebie zadbać znacznie lepiej, niż oni o siebie. Siedzą za drewnianymi biurkami ? trzy kobiety w chustach na głowach i jeden chudziutki mężczyzna ? i świata poza pracą nie widzą. Tutaj, inaczej niż w przestronnych korytarzach lotniska, pachnie politurą, sklejką, klejem i kalką do papieru. Przez tę kalkę owinięta w jakiś ciężki koc kobieta znudzonymi gestami kaligrafuje kwitki. Pewnie z setka przyleciała nas bez wiz, tyle kwitków przyjdzie jej wypisać. Po paru dniach zorientujemy się, że w Etiopii kwitki są tak powszechne jak bieda. Wystawiają je przy każdej okazji, niemal bez powodu. Nasze portfele pełne są wydzieranych z bloczków papierków rozmaitych formatów, zawsze z jakimś gustownym amharskim logo i niezrozumiałym opisem usługi. To, co u nas wypluwają bezmyślne komputery, tutaj tworzy człowiek, bo Etiopia to wciąż kraj przeszłości, czasem bardzo odległej. Tu większość dzieje się po staremu.

Chociaż przyznać trzeba, że Addis Abeba ciąży ku nowoczesności. Jeśli prowincja zatrzymała się w średniowieczu, to stolica chciałaby wyskoczyć do przodu. Nie za dobrze jej to wychodzi, ale chęci są ewidentne. Szczególnie po ludziach to widać, nie po wszystkich, rzecz jasna, ale tych, którzy mają ambicję wyrwać się z niemocy nędzy i żyć godnie, jak w bogatych częściach świata. Jakby na przekór temu, że miasto ledwie trzyma się na nogach, wydaje się prowizoryczne, w każdej chwili gotowe do rozbiórki. Ten stan jest udziałem zarówno blaszanych, glinianych lub w najlepszym wypadku ceglanych bud-sklepów, jak kilkunastopiętrowych bloków z betonu. W zasadzie tutejsze budynki, nawet jeszcze w budowie, wyrażają takie zmęczenie i wstręt do istnienia, że nie dziwi, że jest, jak jest. Ulice zabłocone, chodniki dziurawe, o ile w ogóle są. Jezdnie wypełnione po brzegi samochodami nie pierwszej nowości. W tym wszystkim jest wielka bylejakość, to prawda, w żadnym razie jednak nie smutek czy beznadzieja. Po ubłoconych ulicach spacerują dobrze ubrani ludzie o bystrych oczach i inteligentnych twarzach. Piękne kobiety, eleganccy mężczyźni w garniturach, z komórkami przy uchu. W dzień, ale zwłaszcza wieczorami, kawiarnie i restauracje na Piazzy i innych śródmiejskich ulicach pękają w szwach i trudno przecisnąć się przez falujący, roześmiany tłum. Miasto żyje, a widoczna część jego mieszkańców bogaci się i czerpie z tego radość. Reszta rozwarstwia się na tych, którzy żyją z tych pierwszych, i na tych, którzy żyją z pozostałych, i tak dalej, aż do całkowitych nędzarzy. Ci ostatni snują się, nie bez swoistego dostojeństwa, w łachmanach i wyciągają po jałmużnę ręce powykręcane od chorób, spocone od upału. W Addis Abebie jest ich sporo, lecz nieprawdą jest, że rzucają się tu najbardziej w oczy. W prowizoryczny charakter miasta wpisują się tak doskonale, że nie rażą, tym bardziej nie przerażają, bez nich wręcz trudno byłoby sobie Addis wyobrazić. Są tu po prostu u siebie, to miasto, jeśli sądzić po jego wyglądzie, jest nawet bardziej stworzone dla nich niż dla roześmianej, rozbawionej ?klasy średniej", nie wspominając już widoku wracających ze szkoły dzieci w eleganckich mundurkach, zielonych, błękitnych czy bordowych. W stu procentach tutejszych, nie londyńskich czy nowojorskich. To jedna z tych rzeczy, która najbardziej uderza w Addis Abebie: kontrast. Londyn, Paryż czy Rzym to miasta, gdzie mury i ludzie tworzą jedną spójną całość. Paryż nie byłby tym, czym jest, bez paryżan, rzymianie przestaliby nimi być bez starego Rzymu czy Watykanu. Kim byliby dzisiejsi warszawiacy bez ? powiedzmy ? Pałacu Kultury? W stolicy Etiopii pstrokate, barwne życie jej lepiej sytuowanych mieszkańców zdaje się oderwane od murów czy też tego, co je zastępuje. W Addis przeczą sobie nie tylko współżyjące tu bogactwo i nędza, ale może w jeszcze większym stopniu żywiołowość i barwność stołecznej śmietanki i odpychający smutek miejskiej tkanki.

etiopia3

etiopia4

etiopia5

Weźmy choćby takie mercato, tutejszy bazar. Mówią, że największy w Afryce, ale my nie wierzymy, bo gdziekolwiek się nie pojedzie, wszędzie coś jest największego. Poza tym ? pod jakim względem? ? dopytujemy złośliwie. Jedno jest pewne: Mercato nie przypomina niczego takiego, co kiedykolwiek i gdziekolwiek widzieliśmy. Ani to arabski suk, ani nasz osiedlowy bazarek, jeszcze mniej niedzielny marché w Paryżu. Mercato to chaos dla postronnych i ukryty kosmos dla wtajemniczonych, przestrzeń, gdzie krzyżują się drogi tych, którzy na co dzień obojętnie się mijają. To ogromny kwartał monstrualnych ulic, zabłoconych i pełnych kolein, zakorkowanych samochodami, tłocznych ludźmi i zwierzętami, wzdłuż których wyrosły kolorowe budy i stragany. Pół biedy, kiedy jest sucho, ale gdy z nieba leje deszcz, wszystko ? ludzie, zwierzęta, samochody ? grzęźnie w głębokim błocie. Brudno, gwarno, mokro, a przy tym ? bardzo kolorowo. Jakby tutaj koncentrowało się całe życie Addis Abeby biednej, bogatej, średniowiecznej i nowoczesnej. Na mercato kupić można wszystko: od owoców, warzyw, mięsa wykrawanego z rozpostartych na hakach tusz krów, baranów, kóz, aż po części samochodowe, całe silniki, części karoserii, szyby i zderzaki. Kolorowe chusty, sukienki, buty. Druciki, śrubki, papier toaletowy, przyprawy, słodycze, sprzęt grający, a wraz z nim pirackie nagrania za trzy grosze, wódkę i papierosy, których zresztą w Etiopii prawie nikt nie pali. Mydło powidło. Klientela bardzo mieszana ? od mężczyzn w białych sammach po smukłe kobiety na wysokich szpilkach i w modnych dżinsach opinających ich zgrabne uda. Sprzedawcy przekrzykują gwar i deszcz, kłócą się o cenę, obładowane kobiety z pakami na głowach lawirują między kałużami, samochodami, osłami zaprzęgniętymi do staroświeckich wózków. Wszystko tonie w błocie, spływa deszczem, a tłum kłębi się, faluje, śmieje się, przekrzykuje, jakby dopiero tu poczuł, że żyje. Choć niehigieniczne, wrzaskliwe, śmierdzące i ? jak mówią ? bardzo niebezpieczne, ludzie jakby lgnęli do tego miejsca, gdzie wyzwolony ze społecznego statusu, każdy poczuć może się po prostu Afrykaninem.

Są też w Addis miejsca ładne jak z bajki. Do nich należą peryferyjne dzielnice miasta. To tam wynoszą się z centrum ci, którym się powiodło. Hajle Gebre Salasje, etiopski bohater narodowy, najszybszy maratończyk świata, wybudował sobie rezydencję, gdzieś na szczycie wzgórza ponad miastem. Kogo nie spytać w Addis, biednego czy bogatego, wskaże to miejsce bezbłędnie. Inni, mniej lub w ogóle nieznani, rozlokowali na otaczających miasto górach albo u ich stóp, gdzie ruch samochodowy jest mniejszy, powietrze czystsze i hałas nie dociera. W tych dzielnicach ulice są czyste, nędzarzy niemal nie uświadczysz i wszędzie pełno zieleni. Rajskie ogrody, a pośród nich idylliczne domy. Wszystko wygrodzone rzecz jasna, raz wysokimi murami chronionymi drutem kolczastym, innym razem jakimś gustownym żywopłotem. Ten zwyczaj grodzenia zdaje się płynąć z samej wierchuszki politycznych elit Etiopii. Wystarczy przejechać się te kilkanaście minut wokół wysokiego parkanu rezydencji premiera, już w centrum miasta, żeby naocznie przekonać się, jak bardzo zapisana w konstytucji demokracja może być iluzją. Demokracja, powie Europejczyk, to przede wszystkim ludzie, rządzący i rządzeni połączeni umową społeczną, z której dla jednych i drugich wynikają zarówno prawa, jak i obowiązki. Tymczasem tu urządzono to tak, jakby władza miała tylko prawa, a pozostali tylko obowiązki. I żeby podkreślić swój status ?władzy", odgradza się ona od swego ludu zasiekami i gęstym lasem. I to oburza nie mniej niż bieda.

Mówiąc o władzy, zwłaszcza władzy w Etiopii, siłą rzeczy zahaczamy o Kapuścińskiego, nie sposób go pominąć. Zwłaszcza wizyta w pałacu Gunete Leul wywołuje natychmiastowe wspomnienie z ?Cesarza". Dziś w pałacu tym mieści się co prawda budynek rektoratu i biblioteki stołecznego uniwersytetu, ale to dawna rezydencja negusa, Hajle Salasje, i na górnym piętrze zachowano dawne pokoje pary cesarskiej. O miejscu tym Kapuściński wspomniał w ?Cesarzu", pisząc o rewolucji 1960 roku. W jednym z salonów pałacu rewolucjoniści zmasakrowali wziętych do niewoli zakładników, dostojników cesarskich. Po masakrze 1960 roku, cesarz przeniósł się do innego pałacu, Jubileuszowego, zapewne znacznie okazalszego niż Gunete Leul, i tam głównie toczy się, jeśli można tak powiedzieć, akcja ?Cesarza". Chodzi jednak o pewną zasadę, dlatego w Gunete Leul chcemy odnaleźć echa słów Mistrza, ślady słabości starego monarchy, takich jak pęd do próżności i zbytku, immanentną chytrość, arogancję czy wręcz głupotę, wszystkie te cechy, które nietrudno z ?Cesarza" wyczytać. Szukamy ich na próżno. Wchodzimy do cesarskich apartamentów, oglądamy ?luksusy" pałacu i nie możemy uwierzyć, że to, co zostało w tak barwny sposób opisane w ?Cesarzu", jest w gruncie rzeczy blade. Pokoje są skromne i proste. Elegancko, lecz oszczędnie umeblowane, bez żadnych wodotrysków czy kapiącego złota, raczej z gustem. Ściany wymalowane blaknącymi już pastelowymi kolorami, na żółto u cesarza, na różowo u cesarzowej Menem. Pachnie starym drewnem parkietu i mebli. Łóżko Hajle Salasje proste, niemal żołnierskie. Apartamenty cesarskie bardziej przypominają mieszkania naszych dziadków niż monarsze komnaty. Co niby mieliby robić tu ci wszyscy poduszkowi, lokaje trzech drzwi, woreczkowi, kukułki? Spacerując między pokojami, zaglądając do skromnych w gruncie rzeczy łazienek, dotykamy historii, tyle tylko, że sami już dobrze nie wiemy, jakiej: tej barwnej, lecz okrutnej z ?Cesarza", czy może mniej sugestywnej, ale bardziej wyważonej, którą przedstawia nam historyk Paul B. Henze: ?Człowiek, który miał zostać poznany jako Haile Salasje ? czytamy ? zdominował życie swojego kraju przez ponad pół stulecia. Zalicza się do najwybitniejszych przywódców XX wieku.". Czy może jednej i drugiej?

Koniec cz. 1. CDN

 

 

Komentarze   

 
+6 # podróżnik 2013-04-02 12:07
Rewelacja! Dzięki.
 
 
+5 # Małgosia 2013-04-07 01:01
Byłam, widziałam i wrócę tam jeszcze zwłaszcza w góry Siemen.
 
 
+2 # syn 2013-04-13 15:23
Zadziwia mnie nadal piekny sposob pisania mojego taty.
 

Nie masz uprawnień do komentowania