piątek, 25 września 2020

bor525W czasie pobytu podróżników w wiosce, Indianie szczepu Kayapo uprowadzają kobiety Hinan. Halik, z grupą wojowników wyrusza, by je odbić. Strzelbę, która jak twierdzi: „w czasie podróży miała mu służyć wyłącznie do zdobywania jedzenia”, zostawia w wiosce, zamiast niej zabiera kamerę.

Perypetie życiowe Tony’ego Halika są tak nieprawdopodobne, że można je śmiało porównać nie tylko do przygód Indiany Jonesa, ale również do woodyallenowskiego Leonarda Zeliga lub szalonego Barona Münchhausena… – zauważa reżyser Marcin Borchardt.

Twórca, po cieszącym się zainteresowaniem projekcie „Beksińscy. Album wideofoniczny” kończy prace nad kolejnym dokumentem, tym razem o słynnym dziennikarzu i podróżniku. Z Marcinem Borchardtem reżyserem filmu „Tony Halik. Urodzony dla przygody” rozmawia Jolanta Tokarczyk.

 

Ma Pan na koncie ważny dokument oparty na historii rodziny Beksińskich – „Beksińscy. Album wideofoniczny”. Czy sukces tamtej produkcji zachęcił do kolejnych poszukiwań w sferze archiwaliów i poznania tym razem sylwetki Tony’ego Halika? A może własna fascynacja autorem popularnego programu „Pieprz i wanilia” zaowocowała projektem filmu?

Pomysł na film „Tony Halik. Urodzony dla przygody” urodził się zaraz po premierze „Beksińskich…” na Krakowskim Festiwalu Filmowym w maju 2017 roku. Nie przypuszczałem wówczas, że film odniesie sukces, więc po prostu zabrałem się za kolejny temat. Tony Halik był moim bohaterem z czasów dzieciństwa. Pamiętam, że w każdą niedzielę podczas rodzinnego obiadu oglądaliśmy „Tam, gdzie pieprz rośnie”. Była to jedna z niewielu możliwości zobaczenia świata w tamtych czasach. Bezpośrednią inspiracją stała się dla mnie znakomita książka Mirka Wlekłego „Tu byłem. Tony Halik”. Po lekturze postanowiłem skontaktować się z autorem, ale najpierw zadzwoniłem do Elżbiety Dzikowskiej. Załapałem ją w podróży. Była 3000 m n.p.m. w peruwiańskiej dżungli, w drodze do ostatniej stolicy Inków Vilcabamby, do miejsca, które odwiedziła czterdzieści lat wcześniej wraz z Tonym. Przedstawiłem się i powiedziałem, że chcę zrobić film. Umówiliśmy się w Warszawie. Zadzwoniłem do Mirka, który zaoferował mi swoją pomoc. Wkrótce okazało się, że mam nie tylko wsparcie, ale naprawdę wielkie szczęście. Po śmierci Tony’ego w 1998 roku jego archiwum filmowe – obejmujące kilkaset taśm, w tym najcenniejsze 182 rolki taśmy filmowej 16 mm, zdeponowano w Filmotece Narodowej, gdzie nietknięte, leżały na półkach przez dwie dekady, aż pewnego letniego dnia pojawiliśmy się tam z naszym pomysłem na film. To zapisy bardzo wyjątkowe – niepublikowane, mało znane lub zapomniane. Jedne z najwcześniejszych pochodzą z lat pięćdziesiątych i są dokumentacją wyprawy Halika do Indian zamieszkujących dżunglę brazylijskiego Mato Grosso. Są też nieznane wcześniej ujęcia nakręcone podczas strajków w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku.

 

Jaka będzie tym razem formuła filmu? Czy podstawowymi będą materiały archiwalne, czy może będzie to międzygatunkowa hybryda, złożoną z różnych form? Co przemawia za wyborem formy opowiadania i jakie są konsekwencje tego wyboru?

Cenne archiwalne znalezisko zdeterminowało moje myślenie o formie i strukturze dramaturgicznej przyszłego filmu. Początkowo wydawało mi się, że pomimo bogactwa materiału zrobienie kolejnego filmu w całości opartego na samych archiwaliach nie będzie możliwe. Kiedy zaczęliśmy montaż zobaczyłem to w nowej perspektywie. Ostatecznie film został w całości zbudowany z materiałów archiwalnych, a co ważniejsze, niemal osiemdziesiąt pięć procent z nich to materiały nakręcone przez samego Tony’ego Halika. Historia opowiadana jest głosem bohatera. To subiektywna, pierwszoosobowa narracja skonstruowana z fragmentów rozmów i wspomnień, m.in. ostatniego wywiadu, którego podróżnik udzielił na trzy miesiące przed śmiercią. Na tym kończy się podobieństwo do stylu opowiadania, który znany jest z „Beksińskich…”. Kontrapunktem dla opowieści Halika jest tu obiektywizujący wielogłos – wyłącznie pozakadrowy, ponieważ w filmie nie ma tzw. „gadających głów”, stworzony z wypowiedzi wielu osób bliskich Halikowi – członków rodziny, przyjaciół, znajomych i współpracowników (m.in. Elżbieta Dzikowska, Ozana Halik, Ryszard Kapuściński, Kazimierz Kaczor, Ryszard Badowski). Ten film to subiektywno-obiektywne balansowanie pomiędzy tym co – pozornie – jest faktem, a tym co – wydawać by się mogło – jedynie fikcją, sfabrykowaną na potrzeby autokreacji Halika. Bardzo zależało mi, aby film był atrakcyjny dla widza, a taka formuła opowiadania tworzy trzymający w napięciu rytm narracji, który jest nie tylko zbieżny z naturalną dramaturgią tej historii, ale także odsłania złożony i niejednoznaczny portret niezwykłego człowieka.

TonyHalik 02

Tony Halik – jako współautor popularnych programów telewizyjnych – pozostawił po sobie zapewne dużo materiału filmowego, realizowanego w różnych okresach i z wykorzystaniem różnego rodzaju sprzętu. Ile godzin trzeba było obejrzeć i jakie były kryteria Pańskiego wyboru tych treści, które weszły do wersji finalnej filmu? Jaką rolę w projekcie odegrała biografia autorstwa Mirosława Wlekłego?

Mirek Wlekły był dla mnie wielką pomocą. Na potrzeby swojej książki „Tu byłem. Tony Halik” objechał kawał świata prowadząc wielomiesięczne, drobiazgowe reporterskie śledztwo. Jako pierwszy spróbował zweryfikować, co w życiu naszego bohatera wydarzyło się naprawdę, a co jest jedynie pokłosiem jego wyobraźni, poczucia humoru i gawędziarskiego zacięcia. Mirek udostępnił mi archiwalne DNA swojej książki, dzięki czemu było mi po prostu łatwiej. Przeszukiwałem archiwa, rozmawiałem z ludźmi, weryfikowałem wszelkie znane fakty, ale przede wszystkim mogłem skupić się na sprawach czysto filmowych, jak chociażby scenariusz.

Kompletowanie materiałów przyniosło efekt, który przerósł oczekiwania. Zgromadziliśmy potężne archiwum produkcji, które obejmuje kopie wszelkich istotnych dokumentów. Otrzymaliśmy dostęp do prywatnych listów, zapisków, notatek, wielu tysięcy zdjęć i około dwudziestu godzin nagrań audio, ale także do kilkuset godzin rozmaitych zapisów filmowych. Archiwalia pozyskiwaliśmy z wszelkich możliwych źródeł, m.in. z prywatnych zbiorów Elżbiety Dzikowskiej, dokumentacji zgromadzonej przez biografów – Mirka Wlekłego i Romana Warszewskiego, depozytów Halika i Dzikowskiej w archiwum Filmoteki Narodowej – Instytutu Audiowizualnego, Muzeum Etnograficznym w Warszawie i Muzeum Podróżników im. Tony’ego Halika w Toruniu, z archiwów Telewizji Polskiej, Polskiego Radia, Instytutu Pamięci Narodowej, amerykańskiej sieci telewizyjnej NBC, argentyńskiej kroniki filmowej „Sucesos Argentinos” i od osób prywatnych.

Bardzo wielu z tych materiałów nikt w Polsce nigdy nie widział. Wspomniałem na wstępie, że najbardziej tajemniczy i najcenniejszy zasób obejmuje 182 rolki, w większości kolorowej, taśmy 16 mm z lat 50., 60., 70. i początku 80. Materiały zostały profesjonalnie – klatka po klatce – oczyszczone, naprawione, skanowane przez zespół znakomitych specjalistów z działu konserwacji zbiorów Filmoteki Narodowej – Instytutu Audiowizualnego, a następnie skatalogowane i opisane. Bez tej iście benedyktyńskiej pracy mój film nie mógłby powstać.

W materiałach Halika szukałem Tony’ego. A konkretnie, takich zapisów, które pozwolą mi zbudować jego prywatny, złożony emocjonalnie portret. W tym momencie zaczynały się schody. Ogrom zgromadzonego materiału wcale nie oznacza, że montaż filmu jest formalnością.

Th slajd duzy 0468

 

W biografii Mirosława Wlekłego można przeczytać, że włączenie Halika do zespołu NBC było potwierdzeniem jego kwalifikacji. Przez pracodawców uważany był za „człowieka od zadań specjalnych”. Czy Tony jako filmowiec-reporter miał swój ulubiony styl pracy, warsztat, sposób fotografowania, sprzęt, na którym pracował?

Tony był perfekcjonistą. Niejednokrotnie ryzykował zdrowiem, a nawet życiem, żeby zrobić dobre ujęcie. Jego wczesne materiały z lat pięćdziesiątych i początku sześćdziesiątych, nakręcone na taśmie filmowej, są niesłychanie efektowne. Kiedy później zaczął używać nowszych i wygodniejszych kamer cyfrowych, a filmy zostały podporządkowane telewizyjnej sztampie, dawny czar gdzieś zniknął. Niemniej, Tony zawsze starał się w jak najatrakcyjniejszy sposób przedstawiać rzeczywistość. Niejednokrotnie kreował ją, po prostu reżyserując wydarzenia. Nie był dokumentalistą par excellence, lecz bajarzem zgrabnie mieszającym fakty i fikcje, a wszystko po to, by zaciekawić widza swoją opowieścią.

 

Jakie wyzwania kompozycyjne i technologiczne wiązały się z pracą z materiałami nakręconymi w technice analogowej, z których Pan korzystał? Były wśród nich pewnie nie tylko filmy o Tonym, ale i z jego udziałem, bo ponoć kiedy kończył kręcić swój film, oddawał kamerę kolegom i prosił, żeby następnie jego filmowano…

Starałem się jak najmniej ingerować w materiał źródłowy. Nie chciałem zafałszowywać go poprzez postprodukcyjne „estetyzacje”. Wychodzę z założenia, że materiał jest jaki jest i to jest jego największym walorem. W pracy nad tego rodzaju filmem największym wyzwaniem jest budowanie wartkiej narracji, która jest nie tylko atrakcyjna wizualnie, ale również angażuje widza emocjonalnie. Tony dbał o to, by umieścić siebie w kontekście filmowanych wydarzeń, ale to stanowczo za mało na film o nim.

 

Jaka myśl przewodnia towarzyszyła podczas filmowej prezentacji sylwetki bohatera? „Tony Halik. Urodzony dla przygody” to jest właśnie zdanie-klucz opisujące go najlepiej, czy może warto byłoby dodać podtytuł, wskazać na inne aspekty bogatej osobowości? Mówiono o nim czasami, że był takim polskim Indianą Jonesem…

Perypetie życiowe Tony’ego są tak nieprawdopodobne, że można je śmiało porównać nie tylko do przygód Indiany Jonesa, ale również do woodyallenowskiego Leonarda Zeliga lub szalonego Barona Münchhausena. W pierwszych słowach książki „Urodzony dla przygody” (1991) Halik pisze: „Każdy jest kowalem swojego szczęścia, mówi stare porzekadło. Każdy urodził się pod jakąś gwiazdą – złą czy dobrą – gwiazdą przeznaczenia. (…) Ja urodziłem się, tak przynajmniej mi się wydaje, pod gwiazdą przygody”. Te słowa często towarzyszyły mi podczas pracy. Uważam, że dobrze definiują ich autora.

 

W jaki sposób zdecydował się Pan opowiadać o bohaterze – przez pryzmat jego podróży, życia prywatnego, pokazując przekrój jego życia czy tylko określony wycinek? Jakie były konsekwencje artystycznego wyboru?

Zależało mi na stworzeniu prywatnego portretu człowieka uwikłanego w polityczne uwarunkowania tamtych czasów. Zdawałem sobie sprawę, że jego życie było szalenie intensywne, obfitowało w niezwykłe wydarzenia, i nie sposób o tym wszystkim opowiedzieć w jednym filmie, pomimo wątpliwości zdecydowałem się na taki krok.

 

Film jest nie tylko zapisem życia reportera, ale również dokumentalną kroniką epoki i licznych podróży. Jaki świat wyłania się z tamtych zapisków, wspomnień?

Oczywiście jest to świat Tony’ego. Bardzo odmienny od naszego. Pełen dramatycznych wydarzeń, ale niezwykle kolorowy i romantyczny.

 

Zapewne niespodzianką dla widzów może być fakt, że popularny program „Pieprz i wanilia” nadawano nie ze studia telewizyjnego, ale z domu Tony’ego i Elżbiety pod Warszawą. Takich niespodzianek było więcej, które najbardziej Pana zafascynowały…

Kiedy pierwszy raz odwiedziłem Elżbietę Dzikowską, nasze spotkanie rozpoczęliśmy od zwiedzania ich domu. Jego wnętrze to labirynt pokoi i pomieszczeń. Dosłownie każdy centymetr ścian zajmują artefakty przywiezione z niezliczonych podróży oraz dzieła polskiej sztuki współczesnej. Na poddaszu jest fantastyczna galeria. Natomiast pokój, o który Pani pyta, położony tuż obok garażu i teraz pełni rolę magazynu. Mnóstwo w nim wielkoformatowych fotografii oprawionych w ramy, książek, rozmaitych przedmiotów. Trudno uwierzyć, że kiedyś było tu domowe studio telewizyjne do którego Tony Halik i Elżbieta Dzikowska zapraszali co tydzień miliony Polaków.

 

Czy świadomość, że przygotowuje się film o popularnym bohaterze, którego wielu widzów pamięta z telewizyjnego okienka i ma wyrobione zdanie na jego temat, determinowała w jakimś kontekście pracę nad projektem?

Nie miało to dla mnie znaczenia. Istotne są fakty, nie przekonania.

TonyHalik 01 key

Co w materiałach archiwalnych było dla Pana największym zaskoczeniem? Nieraz można było usłyszeć, że życie prywatne Halika mieszało się z fikcją, a nie wszystkie wydarzenia o których mówił, faktycznie miały miejsce. Czy podejmując decyzję o final cut zrezygnował Pan z pokazania jakiś obrazów uznając je za nieetyczne, zbyt dalece ingerujące w życie bohatera?

Nie miałem dylematów natury etycznej. Oczywiście jego życie w wielu aspektach wyglądało inaczej niż to nam przedstawiał. Lubił podkoloryzować to i owo. Do końca swoich dni konsekwentnie utrzymywał, że był pilotem RAF-u, kilkakrotnie zestrzeliwanym podczas bitwy o Anglię. Film odpowiada na pytanie, dlaczego to robił. Natomiast zaskoczeniem był dla mnie komiks. Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych na łamach wielu latynoskich, amerykańskich i francuskich czasopism zaczęły ukazywać się obszerne artykuły ilustrowane fotoreportażami podróżnika. W popularnym – a obecnie „kultowym” – francuskim magazynie satyrycznym „Pilote” opublikowano niezwykły komiks o Halikach. Pismo w roku 1959 wymyślili René Goscinny i Alberto Uderzo. Na jego łamach narodził się Asterix. W 1962 roku Halik przy okazji kolejnej podróży trafił na pierwszą stronę „Pilote”. Komiksowa historyjka rekonstruuje bitwę pomiędzy zwaśnionymi indiańskimi plemionami, do której podobno doszło w brazylijskim stanie Mato Grosso w połowie lat pięćdziesiątych. W czasie pobytu podróżników w wiosce, Indianie szczepu Kayapo uprowadzają kobiety Hinan. Halik, z grupą wojowników wyrusza, by je odbić. Strzelbę, która jak twierdzi: „w czasie podróży miała mu służyć wyłącznie do zdobywania jedzenia”, zostawia w wiosce, zamiast niej zabiera kamerę…

 

Filmowcy pytani o konstrukcję swoich filmów podkreślają często, że „filmy mają oddawać emocje” Czy podobna idea przyświecała Panu przy tworzeniu tego projektu, czy postawił Pan sobie inny cel?

Bez emocji nie ma kina. Film musi być atrakcyjny dla widza, inaczej przedstawiana na ekranie historia po kilkunastu minutach zaczyna być nużąca. Pracując nad filmem staram się zachować dystans do bohatera. Nie stawiam jakichkolwiek tez. Nie chcę narzucać interpretacji. Nie mam żadnego przesłania, lecz oczywiście muszę wiedzieć o czym robię film. „Tony Halik. Urodzony dla przygody” to film o pasji, pogoni za marzeniami, ale także o kosztach, jakie trzeba zapłacić, by mogły się ziścić. O płynnej granicy między prawdą a fałszem, ale też opowieść o człowieku, który na tej granicy uczynił swoje miejsce na ziemi. W ten sposób mogę to ująć w dwóch zdaniach.

 

Kiedy rozmawialiśmy przy okazji filmu o Beksińskich mówił Pan, że nieocenioną pomocą służyło Muzeum w Sanoku. Materiały na temat obecnego bohatera również dostępne są w Muzeum, tyle że w Toruniu, skąd pochodził Halik...

W przypadku tego filmu, materiały znajdowały się w wielu miejscach. W Toruniu byłem kilkakrotnie i bardzo przyjemnie mi się tam pracowało. W muzeum szukałem głównie dokumentów, listów, materiałów prasowych, zdjęć oraz kolekcji kaset VHS.

 

Halik wiele razy otarł się o śmierć, kiedyś wyskoczył z płonącego samolotu, innym razem omal nie padł ofiarą zatrutej strzały Indian. Poznał wiele kultur i religii, znał wiele języków. Realizacja filmu zbiega się z 20. rocznicą jego śmierci. Gdyby miał Pan wybrać z filmu jeden, najbardziej charakterystyczny kadr, portret, klucz do postaci, co by to było?

Bardzo lubię wspaniałą, portretową fotografię Tony’ego z twarzą pomalowaną przez Indian ze szczepu Hinan. Podobno był członkiem tego szczepu…

 

Rozmawiała: Jolanta Tokarczyk

Tekst ukazał się w magazynie „Film&Tv Kamera nr 2/2020

Fot. materiały udostępnione przez producenta filmu „Tony Halik. Urodzony dla przygody”: Furia Film

Marcin Borchardt

Marcin Borchardt

 

logo legalna kultura

Publikacja powstała w ramach Społecznej kampanii edukacyjnej Legalna Kultura
Fundacja Legalna Kultura buduje wspólnotę twórców i odbiorców kultury poprzez promowanie idei korzystania z legalnych źródeł – wartości i postaw ważnych dla wszystkich użytkowników kultury w cyfrowej rzeczywistości.

Nie masz uprawnień do komentowania