środa, 13 listopada 2019

Magdalena LamparskaPrzede wszystkim trzeba słuchać swojej intuicji i iść własną drogą. Jestem dumna z książki, którą napisałam oraz z fundacji, którą założyłyśmy z dziewczynami. Teraz jest czas brania spraw w swoje ręce, robienia czegoś więcej niż czekanie na telefon.

Świat showbiznesu i aktorstwa bardzo się zmienia. Dynamika czasów narzuciła sposób naszego funkcjonowania nie tylko w realu, ale i w internecie. Nie można się przed nim bronić czy buntować. Trzeba obserwować i uczyć się. Z Magdaleną Lamparską rozmawiamy m.in. o wychodzeniu ze stref komfortu, planach na przyszłość i życiowych decyzjach.

Ostatnio rozmawiałyśmy przy okazji premiery spektaklu „Klaps!50 twarzy Greya”, reż. John Weisgerber. To było 5 lat temu. Myślę, że dużo zmieniło się w Twoim życiu - nie tylko zawodowym, ale i prywatnym. Dwa lata temu otrzymałaś największą rolę swojego życia.


Zostałam mamą i to jest moja największa satysfakcja życiowa. Nie jestem typem kobiety, która klasyfikuje macierzyństwo i kobiecość razem, niemniej nie spodziewałam się, iż posiadanie dziecka może być czymś tak niezwykłym. Każdego dnia spływa na mnie nieprawdopodobna ilość miłości.


Zabrzmiało tak sielankowo, a chyba nie jest łatwo łączyć obowiązki wychowywania dziecka z pracą aktorki?


Oczywiście, że nie jest łatwo, nawet przyznam, że to jest trudne i wymagające, gdyż bywa, że wstaję o 5 rano, a do domu wracam około godziny 22. Ale nie narzekam, udaje mi się wszystko połączyć dzięki zaangażowaniu mojego męża oraz mojej mamy.


Kobieta matka może być artystką totalną?


Kiedyś analizowałam ten temat w kontekście malarstwa i sztuki. Myślę, że jest w kobiecie taka natura, która pcha do działania, do bycia tzw. artystką totalną. Natomiast gdy pojawia się dziecko wówczas ta natura przybiera inną formę. Może jest uśpiona, odłożona na inny czas? To jest niezwykłe, że w umyśle kobiety, nawet gdy jest na planie czy w pracy, to zazwyczaj myśli o tym co jest w domu. Muszę przyznać, że uczę się innego rodzaju skupienia.


Czyli my kobiety mamy trudniej, a może same sobie komplikujemy życie?


Takie po prostu jesteśmy i natury nie da się zmienić. Ten temat kobiety-twórcy-matki jest dla mnie bardzo intrygujący. Przyglądam się kobietom filmowcom i aktorkom. Takim symbolem jest dla mnie Meryl Streep. Wspaniała aktorka, niezwykle utalentowana, która godzi życie prywatne, o którym prawie nic nie wiemy, z aktywnym życiem zawodowym. Myślę, że to wymagało od niej i jej bliskich dużych wyrzeczeń i kompromisów. Dlatego warto o tym mówić, jak zmienia się życie aktorki gdy staje się mamą, gdyż panuje przekonanie, iż macierzyństwo nie idzie w parze z dostępnością czy też mobilnością kobiety. I tyczy się to wszystkich zawodów.


Ty też miałaś taką silną potrzebę powrotu?


Przyjście na świat mojego syna połączyło się z wieloma rzeczami w moim życiu. Kończyłam wówczas książkę, nad którą pracowałam 7 lat. Wróciłam do wieczornego grania w teatrze. Wspólnie rodzinnie jeździliśmy na spotkania autorskie mojej książki o Poli Negri. Dodatkowo w tym samym czasie założyłam wraz z moimi przyjaciółkami - Olgą Bołądź, Julitą Olszewską i Jowitą Radzińską – Fundację Gerlsy.


Czyli byłaś też aktywna, ale w innej przestrzeni?


Tak. Macierzyństwo dało mi odwagę, żeby zrobić też coś innego. Przez rok spędzony z synem, złapałam dystans. Wtedy, gdy spotkałyśmy się kursowałam między Polską a Stanami. Moje życie było bardzo intensywne. Natomiast w aktorstwie trzeba czasami odpocząć i złapać inną perspektywę, bo ten zawód wiąże się z dawaniem. Musiałam zregenerować siły, zmienić swój świat, nadać mu inną perspektywą, którą dało mi macierzyństwo.


I chyba nie tylko Tobie, bo koleżanki – 4 temperamentne dziewczyny - z którymi założyłaś fundację, też są mami. Właśnie, po co założyłyście Fundację Gerlsy?


Stworzyłyśmy fundację, żeby mówić o kobietach, o sprawach dla nas ważnych.


Wszyscy tak mówią.


(śmiech) To oddolna, organiczna inicjatywa zrodzona z pasji, wiary oraz zapału do działania, solidarności kobiet i siły grupy. Jesteśmy różne i dobrze, bo to pokazuje, że mimo różnic kobiety potrafią razem współgrać. To bardzo przekłada się na pisanie, bo nasza fundacja w głównej mierze tym się zajmuje.


To znaczy?


Założyłyśmy fundację, która ma za zadanie pisać kobiece scenariusze, opowiadać HERstorie, by wspierać kobiece, dobre kino. Gerlsy to przestrzeń, w której kobiety będą mogły mówić własnym głosem o swoich sprawach. Chcemy pokazać jakie jesteśmy bez stereotypów i pokazywać jakie wymogi stawia wobec kobiet współczesny świat... Powstał już pierwszy film krótkometrażowy „Alicja i żabka”, który wyreżyserowała Olga Bołądź. Jesteśmy na etapie postprodukcji i odliczamy chwile, żeby ten film się ukazał.


Kiedyś Aleksandra Konieczna przywołała rozmowę z Gabrysią Muskałą odnośnie angażu kobiet – aktorek po 40-ce. Jeszcze Ciebie to nie dotyczy, ale przypomniało mi się stwierdzenie, które usłyszała z ust Gabrysi – Jak sobie sama nie napiszesz to nie zagrasz.


(śmiech) Obecnie piszemy bardzo duży projekt kobiecy, gdzie głównymi bohaterkami są kobiety. Nie chcę patetyzować, ale mamy taką misję, żeby przełamywać różne stereotypy funkcjonujące w naszej kulturze, np. dotyczący wizerunku matki - Polki. On jest już dziś nieaktualny. Kobieta nie jest biała albo czarna, ma wiele barw wewnątrz, jest wielofunkcyjna, w jej umyśle jest tyle myśli, że nie można jej zamknąć tylko do jednej roli matki, żony czy kochanki.


Nasza fundacja rozwija się pod wieloma względami. Pracujemy nad warsztatami kreatywnego pisania. Chcemy dotrzeć do szerokiej grupy odbiorców, stąd też chcemy pokazać, że każdy może pisać - wystarczy tylko się odważyć. Każde życie może być materiałem na scenariusz, jest warte opowiedzenia. Ktoś mówi: nie ja mam nieciekawe życie. A ja mówię na to: nieprawda!


Zabrzmiało jak coaching.


(śmiech) Chcemy zmotywować ludzi do działania, przełamywania własnych ograniczeń. Chcemy pokazać jaką wartość wyzwalającą i dydaktyczną ma pisanie. jednoczyć kobiety z różnych grup wiekowych.


To wynik Twoich doświadczeń z pisania książki o Poli Negri
?


Myślę, że tak, ale tak naprawdę to dziewczyny dały mi odwagę. Lubię określać siebie jako debiutantka, bo w tym określeniu jest pewna doza łagodności i wyrozumiałości. Gdy pojawił się komunikat, że Magda Lamparska wydaje książkę to zastanawiano się o kim mogę napisać - o sobie, albo o...


Dziś każdy może napisać książkę, w zasadzie to stało się bardzo modne. Ale ty książkę poświęciłaś historii życia Poli Negri.


Tak. Fascynuje mnie ona przede wszystkim jako artystka, ale też kobieta. Nie jest to jednak typowa biografia Poli Negri.


Przeplatasz historię Anny Mazur – młodej dziewczyny marzącej o karierze aktorki – z historią życia Apolonii Chalupec – czyli Poli Negri.


Research na temat Poli trwał 3 lata, wiele godzin czytania i studiowania wielu zagadnień. „Wszystko albo nic #jakPolaNegri” pisałam przez 7 lat. To był dla mnie bardzo ważny moment w życiu. Niektórzy byli zaskoczeni, że piszę książkę. Znów spotkałam się ze stereotypowym podejściem dotyczącym tzw. figury pisarki - uważano, że nie mogę pisać, bo nie wyglądam na pisarkę.


A co to znaczy?


No właśnie. I podobnie jest z fundacją. Nikt nam nie wierzył, gdy mówiłyśmy, że będziemy pisać. Cztery młode, atrakcyjne dziewczyny, siedzą w kawiarni i piszą? Dlatego potrzebowałyśmy sformalizować naszą fundację, dzięki czemu ludzie i instytucje zaczęli nas poważnie traktować i doceniać. Niedawno zostałyśmy nominowane do nagrody Kobiety Roku Glamour w kategorii Aktywizm. To dodaje siły, by działać.


Silne kobiety łamią stereotypy?


Mamy do tego dystans i nie przejmujemy się stereotypami, ale one funkcjonują cały czas. I tak było też w przypadku mojej książki. Konstytuuje się we mnie wewnętrzny sprzeciw na takie sytuacje. Koniec z bycia miłą, nastał czas na bycie konkretną kobietą.


Nauczono nas - kobiety, że najlepiej siedzieć w kącie, być cicho, a ja się na to nie godzę. Nie możemy pozwolić na takie traktowanie i musimy to zmienić dla naszych dzieci.


Widziałyśmy się 5 lat temu, byłaś wtedy tuż po szkole teatralnej. Wkraczałaś na drogę aktorską. Jakie towarzyszą Ci refleksje życiowe po tych latach?


Przede wszystkim trzeba słuchać swojej intuicji i iść własną drogą. Jestem dumna z książki, którą napisałam oraz z fundacji, którą założyłyśmy z dziewczynami. Teraz jest czas brania spraw w swoje ręce, robienia czegoś więcej niż czekanie na telefon. Świat showbiznesu i aktorstwa bardzo się zmienia. Dynamika czasów narzuciła sposób naszego funkcjonowania nie tylko w realu, ale i w internecie. Nie można się przed nim bronić czy buntować. Trzeba obserwować i uczyć się.


Chcesz mi powiedzieć, że trzeba mierzyć siły na zamiary?


Tak, ale myślę, że ważniejsze jest, aby nie zamykać się na coś co może się nigdy nie wydarzyć. Powtarzam swoim studentom z AktoRstudio, żeby nie czekali na telefon od reżysera filmu czy castingu. Jest dużo możliwości by zaistnieć, pokazać siebie i swoje mocne strony. Moim zdaniem kobiety mają dużo ciekawych historii do opowiedzenia.


I chcecie uderzyć we wrażliwą strunę mężczyzny?


Absolutnie tak, bo to nie jest kino dedykowane tylko kobietom. Dzięki naszemu projektowi będzie można lepiej poznać kobiety. I to nie jest tak, że przedstawiamy mężczyzn jako złych, a kobiety jako dobre. Chcemy pokazać jak trudno za nami nadążyć, gdy jesteśmy tak mocno rozpędzone. Nie chcemy nikogo moralizować, pokazujemy różne kolory życia.


A propos Twojego aktorstwa, ile jesteś w stanie poświecić w imię dobrej roli? Wszystko albo nic – tak jak brzmi tytuł Twojej książki?


Byłam taka kiedyś, ale teraz gdy mam rodzinę nie byłabym w stanie poświęcić wszystkiego. Robiąc research do książki o Poli Negri dotarło do mnie jak wiele - jeśli nie wszystko - poświęciła karierze. W naszych oczach wyglądała na bardzo szczęśliwą kobietę, a paradoksalnie szczęście było jej obce. Przypomina mi się teraz scena ze spektaklu „Hollywood”, który gram w Teatrze WARSawy, kiedy to moja bohaterka Susanne White mówi, że wraca do domu i nie jest dla nikogo niespodzianką. Jestem niespodzianką dla mojego synka i to jest wartość nie do podważenia.


A jak wygląda ten moment, gdy jesteś sama w garderobie po spektaklu?


To pytanie zabrzmiało bardzo filmowo, a ja nie nadawałbym temu takiego patetyzmu. Po spektaklu próbuję szybko się zebrać i porozmawiać z aktorami. Nie jestem sama ze sobą, a raczej myślę - super, że udało nam się dziś dobrze zagrać. Nie gra się cały czas monodramów, praca aktora to praca zbiorowa, w której chodzi o opowiedzenie historii, a nie o to jak ja wypadłam, nie chodzi o własne ego.


A jak jest z wychodzeniem z roli i przejścia do tzw. normalnego życia?


W szkole teatralnej nie uczą wychodzenia z roli. Zostajesz z tym bagażem emocji sama. Wyobraź sobie sytuację - masz ostatni dzień na planie i ktoś zabiera Ci kostium, i co dalej? Nie ma już postaci, którą byłam przez miesiąc? Nie da się wskoczyć od razu w inne życie. To wymaga czasu i nie ukrywam, że pomocna jest wówczas rodzina, choć też nie zawsze. Po wyczerpujących nagraniach nie jest łatwo o tzw. normalność, a jak to mówi Dorota Kolak, trzeba zrobić pomidorówkę i wrócić do rzeczywistości.


Lubisz słowo kariera? Dzielisz życie pomiędzy USA a Polską. Ma to wpływ na Twój zawód?


Moja kariera jest dla mnie ważna, cały czas się toczy i nad nią pracuję, nie chciałbym wybierać między karierą, a rodziną. Chciałabym, aby było to połączone i bardzo naturalne. Pracuję w Polsce, tutaj chodzę na castingi i nagrywam się na castingi do Stanów Zjednoczonych. Przez system self - tapingu wszystko bardzo się zmieniło. Można konkurować o rolę z każdym, miejscu, w którym się jest.


A jakie one są Polki, które grasz za oceanem?


Polki są przedstawiane tajemniczo, sensualnie, pięknie, jako femme fatale. To jest niezwykłe, bo w Polsce mam wizerunek dziewczyny z sąsiedztwa, a tam jestem postrzegana kompletnie inaczej, jako osoba demoniczna, seksualna. Cieszę się, że mogę do takich ról tam pretendować. A wracając do tematu mojego miejsca w Stanach. Moja mama wyjechała do swojej siostry do Stanów, gdy miałam 18 lat. To sprawiło, że stałam się odpowiedzialna za siebie, nauczyłam się walczyć o swoje marzenia. Oczywiście mogłam pojechać do Los Angeles i tam mieszkać, ale wiedziałam, że jeśli poważnie myślę o zawodzie aktorki to muszę pozostać w Polsce i skończyć państwową szkołę aktorską - uczyć się tego zawodu w praktyce.


Wspominałaś, że bierzesz udział w castingach zagranicznych. Czy odbywają się one tak jak w Polsce?


W Stanach jest zupełnie inaczej. Wchodzimy do małego pokoiku, jest reżyser, jego asystent i malutka kamera. Nie można mieć żadnych rekwizytów. Grasz tekst, który podrzuca ci asystentka zza kamery. Nie masz partnera. W Polsce zazwyczaj spotyka się dwóch aktorów i grają jedną scenę. Tam jest jeden na jeden, czyli na kamerę. Oprócz tego bardzo popularne są również tzw. self tape. Aktor sam nagrywa siebie i wysyła nagranie - w ten sposób wygrałam rolę w filmie „Azyl”. Oczywiście proces pracy w USA nie jest taki od razu, bo trzeba mieć pozwolenie na pracę oraz wizę pracowniczą albo Zieloną Kartę, ale te procedury chociaż są trudne to są do przejścia.


A myślałaś o przeprowadzce do USA?


Czuję, że tam jest mój drugi dom. Nie mam poczucia, że mogłabym się przenieść. Jestem i tu, i tam. Myślę, że Zielona Karta sprawi, że będę tam częściej. Chciałabym, aby mój syn doświadczył tam edukacji w przyszłości. Kto wie, jak będzie, życie mnie wiele nauczyło. Lubię planować, ale daję też tym planom wiele wolności. Jest takie powiedzenie, które powtarzała moja babcia: zaplanuj sobie coś, to rozśmieszysz pana Boga i uważam, że jest to bardzo aktualne. Daję mojej drodze życia dużą przestrzeń. Jest bardzo dużo rzeczy, które chciałabym zrobić, również w Stanach Zjednoczonych. Napisałam książkę o Poli Negri, pracuję nad kolejnymi tytułami.


A czy Magdalena Lamparska ma jakiś wzór aktorski, życiowy? Jest ktoś kogo podziwiasz?


Inspirują mnie kobiety. Często słucham wykładów kobiecych na platformie TedTalks. Cenię kobiety, które dzielą się swoim doświadczeniem, wiedzą. Ostatnio czytałam wywiad z Małgośką Szumowską w Forbes Woman, w którym powiedziała, że nauczyła się nie płakać. Zrozumiała, że w filmie nie można pokazywać swoich słabości do końca. Muszą być emocje, ale nie można się w nich utopić. Ja przynajmniej już nie pozwalam sobie na to. Szybko doprowadzam się do pionu.


Lubisz podróżować?


Tak, cały czas jestem w podróży – kocham je. Jest to też swego rodzaju inspiracja twórcza, bo aktorstwo polega na podpatrywaniu, na czerpaniu z tego co się dzieje dookoła.


Czy masz jakiś ulubiony kierunek oprócz Stanów oczywiście, gdzie lubisz odpoczywać?


Nie mam miejsc, do których lubię wracać. Lubię odwiedzać nowe miejsca. Ostatnio byłam w Grecji - po raz pierwszy w Atenach, a to jest absurdalne, bo jestem maturzystą z historii sztuki i wielką miłośniczką malarstwa oraz architektury. Urzekł mnie ten widok, wzruszyłam się ogromnie. Jestem totalną fanką muzeów. Często swoje podróże dedykuję miejscom, gdzie mogę coś fajnego zobaczyć. A jeśli chodzi o naturę to na pewno lubię kolekcjonować niezapomniane widokówki, które powodują, że serce zaczyna bić szybciej.


A w podróż dookoła świata kogo zabrałabyś ze sobą?


Na pewno pojechałabym ze swoim mężem. On jest podróżnikiem, więc wiem, że mogłabym jechać z nim na koniec świata i na pewno bym przeżyła.


Zdementuj plotki proszę, ale w jednym z wywiadów usłyszałam, że lubisz jak w życiu nie jest łatwo. To prawda?


Uważam, że częste wychodzenie ze stref komfortu jest wpisane w rozwój. Tak naprawdę jedyną pewną zmianą w życiu jest zmiana. Lubię powodować zmianę, doprowadzać do sytuacji, które wymagają ode mnie ciężkiej pracy, wysiłku. Mam taki patent na pracę ze swoim umysłem, który tworzy mi wizje trudności i czarnego scenariusza. Myślę wtedy systemowo i planowo w kontekście rozwiązania danej sprawy. Zadaję sobie pytanie co mogę zrobić, aby przybliżyć się do celu i to zmienia perspektywę postrzegania zadania i nadaje konkret. W życiu trzeba sobie dawać wytyczne, możliwość zmian, bo dzięki temu idziemy dalej. Wysiłek, ten czas i praca nie mogą nas zniechęcać. Trzeba być konsekwentnym i dążyć do celu.


Popularność jest jak opalenizna?


Może być, nie trwa wiecznie. Nie buduję swego ego na tym, że ktoś mnie rozpozna, ani swojego samopoczucia na popularności. Oczywiście jest mi bardzo miło, jeśli ktoś doceni moją pracę, napisze lub powie, że podobał mu się spektakl czy film, w którym grałam. To jest zawsze bardzo budujące. Ten zawód jest trudny i nieustannie poddawani jesteśmy ocenie.


Zaczęłaś grać już na 2 roku studiów. „39 i pół” to Twój debiut. Spotykamy się tuż po zdjęciach do tego serialu. Jesienią zobaczymy „39 i pół tygodnia”.


Tytuł wraca po 10 latach. To był jeden z pierwszych castingów na jaki poszłam i udało mi się go wygrać. Wszystkiego musiałam się nauczyć, bo praca na planie jest nieco inna niż w teatrze, wymaga technicznej wiedzy pracy z kamerą, powtarzalności. Na pewno to, że zaczęłam grać na studiach pomogło mi płynnie przejść do życia zawodowego. Potem pojawił się kolejny projekt itd. A wracając do ”39 i pół tygodnia” - tytuł został zmieniony, bo opowiadamy o innej historii życiowej, a dokładnie o chorobie. Pracując na planie zadawaliśmy sobie pytanie czy potrafimy z dystansem opowiadać o śmierci? Czy można z tego tematu zrobić czarną komedię? Nie chcę zdradzać szczegółów, w każdym razie staraliśmy się nadać nowe spojrzenie na pewne sprawy ostateczne. Zobaczymy, jak ocenią to widzowie.


A jak powrót do koleżanek i kolegów na planie?


To był niezwykły powrót do pracy. Pamiętam, kiedy skończyliśmy serial parę lat temu czuliśmy niedosyt.


Czyli?


Czyli ten czas, ilość trudu, który musiał się wydarzyć, że jesteśmy 10 lat później. „39 i pół tygodnia” był wymagający dla nas również pod względem psychologicznym, bo zawsze jak się do czegoś wraca to są jakieś wymagania. Widzowie mają już pewne oczekiwania, są też przyzwyczajeni do czegoś. Serial był bardzo popularny więc fajnie, aby nie było rozczarowania. Trzymam kciuki i jestem dobrej myśli.


Chciałam zapytać o legalne źródła kultury, jaki masz do tego stosunek. Miałaś do czynienia z piractwem?


Miałam takie sytuacje, wśród znajomych i rodziny, że ktoś coś kopiował. Oczywiście reagowałam na to bardzo stanowczo, bo to jest tak jakby ktoś ukradł coś ze sklepu. Ludziom wydaje się, że coś, co jest wirtualne to ma mniejszą wartość, nie przynosi takiej szkody, jak na przykład fizycznie wydana płyta czy książka, film. Nikt nie myśli już o tym, że za tym przykładowym filmem stoi wielu ludzi, wizerunek twórców. Nie wyrażam zgody, by działo się to zarówno w mojej obecności, jak i poza nią. Oczywiście nie możemy decydować za wszystkich, bo myślę, że piractwo będzie nadal, ale może z mniejszym natężeniem. Myślę, że najlepszą drogą są działania edukacyjne. Pokazywanie dobrych praktyk, uczenia nawyków od małego w przyszłości może dać naprawdę dobre efekty. Cieszę się, że Legalna Kultura właśnie to robi. I nie jest tak, że kultura jest mega droga i jest niedostępna. Jest bardzo dużo dostępnych legalnych źródeł, wystarczy tylko chcieć.

 

Rozmawiała Lukrecja Jaszewska – Fundacja Legalna Kultura

https://www.legalnakultura.pl/pl/czytelnia-kulturalna/rozmowy/news/3323,magdalena-lamparska-daje-planom-wiele-wolnosci


Nie masz uprawnień do komentowania