View Comments

wisniewski radi2Mieć swoje znajome miejsca daleko od domu. Podobno do Gruzji i z Gruzji zawsze leci się tak, że się żegna lub wita ten kraj o wczesnym, barbarzyńskim poranku. Tak było i tym razem.

Taksówkarz chciał 50 lari za podwózkę do centrum, na kraniec tbiliskiej starówki, ulicę Botniczeską, zaraz koło meczetu. No przesada. Ale jesteś na lotnisku o piątej rano i trochę nie masz wyjścia, a trochę masz. Nie masz, bo jesteś na kilka dni przed młodzieżowymi igrzyskami Europy i zdaje się że ceny wszystkiego poszybowały w górę. Masz, bo za dwie-trzy godziny zaczną kursować marszrutki i pociągi i ten sam kurs będzie kosztował o niebo mniej, poza tym, że będziesz musiał spory kawałek przejść na piechotę, a chcesz przecież się przespać. Negocjacje trwają. Gruzini nie ustępują, już chwytają za plecak, że pajediem, ale gdzie tam, moment, poczekamy. Widzą, że jesteśmy gotowi nie jechać i czekać na pociąg, przestępują z nogi na nogę, jakiś młody zaczyna z boku, że jak nie za 50 to za ile byśmy chcieli pojechać. Staje na 35. Jedziemy. Jest jeszcze ciemno. Po lewej stronie piętrzy się jakaś nowa plaza handlowa, potem wjeżdżamy do centrum, wreszcie starówka, samochód rzęzi stromo pod górę. Na miejscu siedzi kilku Gruzinów, nie ma numerów domów, nie ma szyldów ani nazwy hotelu, a Gamardżoba to się może nazywać każdy hotel. Nawet pokój w mieszkaniu może się nazywać Hostel Gamardżoba. No, ładnie.

Powtarza się historia sprzed roku, kiedy zarezerwowałeś pokój z tarasem i widokiem na park przy ulicy Dawida Agmenszabelego też w Tbilisi, jadąc ze Swaneti z całą rodziną. Kierowca marszrutki wyrzucił was u wylotu ulicy a wy szliście ładny kilometr w stronę wskazanego adresu. Pod wskazanym adresem było podwórko, bez śladu tablicy, szyldu czy chociażby zafoliowanej kartki z nazwą hotelu. Zostawiłeś dziewczyny na podwórku, żeby odsapnęły, a ty wszedłeś bez plecaka w jedyne drzwi kamienicy jakie były otwarte. Wiało z nich chłodem. Za dwoma załomami korytarza kolejne uchylone drzwi. Za drzwiami eleganckie biurka, ze trzy, kanapa, mapa Iraku i chyba Syrii, flagi państw arabskich i za każdym biurkiem arab i jeszcze jeden arab na kanapie. Spojrzeli na ciebie spojrzeniami nie najlepszymi, bo byłeś nie w porę i nie w czas. Ze wszystkich słów przyszło ci tylko zwykłe „Salam”. I oni odpowiedzieli „Salam”. Napięcie opadło. Podszedłeś do biurka tego co wyglądał na szefa i mówisz

- Miałem tu zarezerwowany nocleg

A on na to – możliwe, ale my wynajmujemy całe kamienice, jak masz 1500 dolarów za noc – coś znajdziemy

No co ty – nie żartuj ze mną i pokazujesz mu w serwisie rezerwacyjnym zdjęcie hotelu, adres, numer telefonu.

- Twój adres.

- No, mój.

- Telefon się zgadza.

- Tak.

- A zatem?

- Ktoś mnie nie lubi, zrozum, ktoś robi sobie ze mnie żarty i wiesza takie ogłoszenia w internecie.

- Słuchaj, ja ciebie rozumiem, ale chodź coś ci pokażę – i prowadzisz go łagodnie do okna za którym M. siedzi na ławce, a W. bawi się z tbiliskim kotkiem. – Widzisz dziewczynkę i kobietę na podwórku?

- Widzę.

- To nie chodzi o mnie, to jest moja żona i moja córka, jest siódma wieczorem, one jechały cały dzień do Tbilisi i one muszą gdzieś się położyć spać, myć, odpocząć - rozumiesz?

Irakijczyk spojrzał na ciebie i wiadomo było, że rozumie. – Ja zarezerwowałem hotel i tu jest twój adres i twój numer telefonu, więc wymyśl coś – dorzucasz łagodnie acz stanowczo. Honor, ojczyzna i rodzina. Słowo, przeciwko serwisowi internetowemu booking.com, człowiek przeciwko matrixowi. Tak było.

Po dwóch godzinach snucia się w okolicach Mardżaniszwili, telefonach Amara, stu powtórzeniach przez niego „my friend” w końcu zakotwiczyliście na szóstym piętrze tbiliskiego wieżowca na zapleczu ulicy Dawida Agmeszanbelego w mieszkaniu w którym były same łóżka w bloku, który wyglądał jak wynaturzona nawa z obrazów wczesnego Beksińskiego. Tym razem jednak okazuje się że hostel jest, chociaż bez szyldów jak się rzekło, bez znaków na niebie i ziemi. Trzeba tylko wiedzieć w które okno stukać krzycząc głośno imię właściciela „Dima! Dima!”. A Dima wstanie i będzie powtarzał zaaferowany – no szto, szto, wsio normalno, wsio normalno.

I będzie tak mówił teraz i później i nawet w tę noc, kiedy będziecie wracali z Gruzji i mając pół nocy w Tbilisi wybierzecie znowu hostel Dimy. A wtedy on powie, że na lotnisko zawiezie was taksówką jego kolega. A kolega nie ma oczywiście żadnej taksówki, tylko samochód, za który wy zapłacicie, ale czy znak „taxi” na dachu jest naprawdę taki ważny, skoro kolega Dimy po pierwsze zaspał i Dima musiał go budzić okrzykami i waleniem w okna domu przy ulicy Botaniczeskiej, tylko kilka numerów dalej, naprzeciwko meczetu, a co ważniejsze na to samo lotnisko wiezie was za 20 lari a nie za 50?

tbilisi.repriza Fotor Collage